Powiedz o tym innym!

Zakończenie drugiego tomu o kontrolerze walki Andrew Graysonie, nie nastrajało optymistycznie. Gdzie nie spojrzeć, tam panoszyli się obcy, z którymi nie było nawet szans na równą walkę, a co dopiero negocjacje pokojowe. Czy w obliczu zagłady ludzkość będzie umiała zakopać wszystkie topory wojenne?

Projekt bez tytułu e1523186058129 - Żołnierz żołnierzowi wilkiem? "Natarcie" Marko Kloos
Natarcie – Marko Kloos

Trzecia część serii Frontlines przebija dwie poprzednie. Od totalnej bezradności obecnej w poprzedniej „Ewakuacji”, przechodzimy w zdecydowaną ofensywę. Kluczowym słowem najnowszego tomu – „Natarcia”, może być ostateczność. Tu wszystko jest stawiane na jedną kartę – albo się uda, albo się nie uda. Na wszystkie szarości nie ma już miejsca. Może dlatego ta część przygód Andrew nabiera tempa i, wbrew pozorom, jest bardziej energetyzująca.

„I zachowujemy się tak samo jak większość inteligentnych stworzeń, gdy ktoś zapędzi je w kąt i nie zostawi drogi ucieczki: wysuwamy pazury i odsłaniamy zęby, po czym ruszamy do ataku.” [s. 7]

Tu znajdziecie recenzję drugiego tomu serii – „Ewakuacja”

Jeśli nigdy wcześniej nie czytaliście serii Frontlines, powinniście zacząć od pierwszego tomu – „Poboru”. Dlaczego? Bo razem z Andrew Graysonem zaczniecie przygodę w wojsku i powoli wdrożycie się w całą terminologię. Po drugie, lepiej zrozumiecie wszystkie skróty, które w kolejnych tomach nie są już co chwila wyjaśniane – to byłoby zbędne. Po trzecie i być może najważniejsze, zdecydowanie bardziej wczujecie się w sytuację ludzkości, a także będziecie mieć więcej empatii dla poszczególnych bohaterów serii.

Wizja obcych, których nie jesteśmy w stanie do końca poznać

Ten pomysł Marko Kloosa uważam za udany. Obcy, nazwani ze względu na swój ogromny wzrost (około dwudziestu pięciu metrów), Dryblasami, są dla ludzi ciągle tajemnicą. Ich fizjonomia nie jest nam znana. Nie mamy szans nawet na małą autopsję – z racji ciągłych walk, wielkich rozmiarów obcych i konieczności ewakuacji z terenów przez nich zajmowanych. W walce jeden obcy na cały batalion ludzkich żołnierzy, mamy szansę pod warunkiem pomocy z powietrza, co już mówi samo za siebie. To zupełnie nowy wymiar walki, na który nie byliśmy przygotowani, mimo że w tym 2108 mamy technologię umożliwiającą kolonizację innych planet.

Marko Kloos odpowiada na moje pytania – wywiad z autorem serii Frontlines!

Statki nasienne, które przewożą kapsuły z Dryblasami do zasiedlania obcych terytoriów, są zupełną enigmą. Brak spawów czy łączeń sprawia, że wyglądają jak niemal organiczne istoty, nie jak okręty przemierzające wszechświat. Mimo zaawansowanej technologii statków WPA[1] i ZCR[2], nie jesteśmy nawet w połowie tak odporni na ich ataki, jak oni na nasze. W takim momencie nie ma mowy o starciu bezpośrednim. O typowych desantach bojowych trzeba zapomnieć i wypracować nową technikę. Może połączenie sił znienawidzonych dotychczas wrogów, będzie odpowiedzią na ten atak?Czy ludziom uda się znaleźć sposób na przeżycie? Przeczytacie w „Natarciu” Marko Kloosa!

Tymczasowe sojusze i zrewidowanie priorytetów w „Natarciu”

Jeśli czytaliście pierwszy tom, to wiecie, że Wspólnota Północnoamerykańska raczej nie lubi się ze Związkiem Chińsko-Rosyjskim. Nie lubią się na tyle, że wolą do siebie strzelać niż rozmawiać. Walka o kolonizację terytoriów między obiema frakcjami szybko blaknie przy nagłym pojawieniu się obcych. Ale wyuczone zachowania trudno zmienić, a zaufanie zdobywa się głównie w praktyce. Czy wszyscy będą w stanie dać sobie ograniczone zaufanie, aby przetrwać?

„Jeszcze kilka tygodni temu wiwaty byłyby ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby na myśl rosyjskim żołdakom na widok lecących rzędem do ataku na cele naziemne doborowych pojazdów latających Korpusu Obronnego WPA. Świat stanął na głowie i wzbudzało to we mnie dziwną radość.” [s. 21]

Andrew Grayson po zaciągnięciu się do wojska i zostaniu finalnie kontrolerem walki, miał okazję bywać na wielu statkach kosmicznych. Uczestniczył w dziesiątkach desantów bojowych. Ale nigdy z „wrogiem”! Zawsze przeciw żołnierzom ZCR lub szczurom na zasiłkach, którzy nie chcieli się podporządkować istniejącym prawom. Zawsze był jakiś wróg i z reguły był on możliwy do pokonania. Wtedy wszystko było proste, reguły były z góry ustalone. Stratedzy na wysokich stanowiskach pilnowali głównie tego, by nikt się przesadnie nie nudził, a każdy żołnierz miał wykute podstawowe odruchy niemal na pamięć. Gdy jednak przyszło zmierzyć się z wrogiem, którego obecna technologia nie umie pokonać, została garstka ludzi gotowych oddać swoje życie, by inni mieli choć cień szansy na przeżycie. 

Natarcie Marko Kloos także o psychice żołnierza

W „Natarciu” widać jak irytujący jest brak logicznego myślenia u dowodzących. Marko Kloos pięknie ukazał bezradność zwykłego sierżanta w obliczu nieprzejednanego majora. A przecież te kilka stopni więcej wcale nie oznacza więcej mądrości i patriotyzmu. Także patriotyzm jest tutaj ukazany w zuepłenie nowym znaczeniu. To nie jest walka o kraj, to nie jest nawet walka stricte o Ziemię. To walka o przetrwanie ludzi jako gatunku,

„Gdy przestała nas ograniczać głupota strategicznych mózgowców z kwatery głównej Korpusu Obronnego WPA, nasz niewielki wycinek armii przeszedł transformację od nieruchawego molocha, potrzebującego sześciu lat, by standaryzować projekt deski klozetowej, do skutecznego i szybkiego organizmu, któremu trzeba jedynie dwóch tygodni na przygotowanie i wykonanie bojowego desantu wrogich do niedawna żołnierzy w sile dwóch pułków na księżyc kontrolowany przez Dryblasy.” [s. 71]

W „Natarciu” pięknie jest pokazana transformacja żołnierzy. Z pewnych siebie żołdaków, do zatwardziałych, ale pełnych pokory trepów, którzy wiedzą, jak niewiele trzeba, by stracili wszystko w jednym desancie lub podczas jednej doby na statku. Dopiero wtedy osiągają stan umysłu, który przy nawet najmniejszym sygnale zagrożenia, wysyła ostrzegawcze impulsy, trafiające szybciej do mięśni niż do głowy. W wielu przypadkach takie odruchy uratowały im życie.

„Paranoja to jedna z cech definiujących doświadczonego żołnierza.” [s. 87]

Nowe statki kosmiczne w „Natarciu” Marko Kloos – czyli to co w science fiction najlepsze!

Ponieważ akcja tej części zazwyczaj dzieje się w przestrzeni kosmicznej, mamy niesamowitą okazję podziwiać wyobraźnię Marko w kierunku kreacji okrętów przemierzających wszechświat. Nie tylko przyjemnie się to czyta, ale w dodatku z łatwością można sobie wyobrazić podróż przynajmniej kilkoma z nich! A to nie lada gratka dla fana militarnego science fiction.

Indianapolis, dla trepów „Indy”, to jedyny statek kosmiczny WPA, który umie się doskonale maskować. Tylko dzięki niemu mamy momentami przewagę nad Dryblasami. Pokazanie go w szczegółach w tym tomie uważam za udany zabieg. Nie tylko załoga Indy’ego jest po prostu świetna, lecz także sam statek jest bardzo intrygujący do przedstawienia w nim akcji. Misja, która zostaje powierzona Indy’emu sprawia, że ma on okazję wykorzystać wszystkie swoje możliwości, łącznie z wysyłką dronów zwiadowczych i pełnym ukryciem przed wrogiem. Musicie to przeczytać!

„Obuchy zostały zaprojektowane jako ciężkie krążowniki, główne ofensywne jednostki kontroli przestrzeni w naszej flocie (…). Na burtach widniały rzędy wyrzutni rakietowych, a na opancerzonym grzbiecie umieszczono dwie baterie podwójnych dział elektromagnetycznych.” [s. 145]

Rosyjska Akuła, w przeciwieństwie do owadzich Ważek i Os WPA, przypominała swoim kształtem drapieżnego rekina. Jak przystało na okręt rosyjski, jest on prosty, ale niezwykle efektywny. W porównaniu do podobnych jednostek WPA są zdecydowanie bardziej nastawione na atak, a świadczy o tym ilość broni na ich kadłubach i skrzydłach. I choć nie mamy okazji lecieć na żadnej z nich, to wyobraźnia podpowiada jak mogłoby to wyglądać już po samych opisach ich wyglądu.

Nie tylko do podziwiania

Autor nawet w wywiadzie ze mną podkreślał, że tworząc serię nie chciał pięknych statków, które będą wyglądać jak rodem z filmu. One mają być agresywne i brudne. Nafaszerowane bronią lub przeznaczone do przewożenia cywili, ale tak rzeczywiste jak to tylko możliwe. Uważam, że w „Natarciu” udało mu się to przedstawić lepiej niż w poprzednich tomach. Z uwagi na większą ilość walki w przestrzeni oraz zwiększoną liczbę samych statków. Ważki i Osy WPA mogły jeszcze zahaczać o miano pięknych stateczków z wystawy. Indianapolis czy Egida lub Murphy to już okręty kosmiczne, które podziwiamy w walce, ucieczce lub nawet zwykłej eskorcie.

Grafika na okładce autorstwa Dark Crayona, która od pierwszego już tomu jest świetna, także tym razem nie zawiodła i oddała klimat książki. Jeszcze lepiej jest z tłumaczeniem Piotra Kucharskiego. Od początku było tak elastyczne i gładkie w lekturze, że książki o, bądź co bądź, militarnym science fiction, czytało się nadzwyczaj dobrze. Ale jeden rozdział, zatytułowany „Najtwardszy ziomek na dzielni” spowodowało u mnie nagły atak śmiechu. Pozytywnie!

Tu znajdziecie recenzję pierwszego tomu serii – „Pobór”

Podsumowanie „Natarcie” Marko Kloos

„Natarcie” Marko Kloosa to trzeci tom serii Frontlines, który nie traci nic z poziomu poprzedników, a nawet nabiera rumieńców. Śmiem sądzić, że gdyby nie Dmitrij lub Fallon, mogłoby być gorzej i bardziej nużąco. Zatem Marko Kloos wie jak dobierać drugoplanowych bohaterów do konkretnych momentów fabularnych. Polecam, ale zalecam zacząć od pierwszego tomu, bo pozbawicie się radości dojrzewania w żołnierskim klimacie razem z Andrew!

P.S.

Piotrze, wiem, że przeczytasz. Zaspokój moją ciekawość. Na stronie 33 jest zdanie:

„Słowa majora wisiały w powietrzu niczym nieproszony poobiedni pierd.” – moja reakcja była podobna, jak w przypadku ziomka na dzielni. Co jest napisane w oryginale?

[1] Wspólnota Północnoamerykańska

[2] Związek Chińsko-Rosyjski