[PREMIERA NASZA KSIĘGARNIA] Z muchą świat zwiedzamy i opowiadamy – Marta Galewska-Kustra

Pamiętacie rezolutną Fefe, która pomagała maluchom ćwiczyć buzię i język, wspierając rozwój ich mowy? Pokochało ją wiele dzieci, a wszystko za sprawą książki „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie”. Teraz czas na kolejne zabawy z tą słynną bohaterką!
Tym razem spotykamy Fefe na nieplanowanych wakacjach. Przygody, które przeżywa podczas podróży, są świetną okazją do rozwijania u dzieci umiejętności opowiadania i ćwiczenia wyobraźni. Czytając wraz z dzieckiem jej wakacyjny dziennik, nie raz się zdziwicie: „Co też ta mucha wymyśliła? Wszystko pokręciła i znów wpakowała się w tarapaty!”. Waszym zadaniem będzie wspólnie opisywać przygody muszki i… wymyślać wiele nowych, bo ta książka to nie zwykła pomoc w nauce opowiadania, tylko pełna humoru historia, która rozśmieszy Was do łez i zachęci do kreatywności.
„Z muchą świat zwiedzamy i opowiadamy” to szósta po „Wierszykach ćwiczących języki”, „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie”, „Zeszytowym treningu mowy”, „Pucio uczy się mówić” oraz „Pucio mówi pierwsze słowa” książka z bestsellerowej serii „Uczę się: mówić, wymawiać, opowiadać”.

z Muchą zwiedzamy i opowiadamy świat
Mat. wydawnictwa Nasza Księgarnia

Data premiery: 16.08.2017

Gdy umysł zabija nas od środka

Wiele książek neurobiologicznych i neuropsychologicznych przygotowało mnie na najróżniejsze przypadki zaburzeń psychicznych i mózgowych. Ale wyobraźnia dziewiętnastowiecznych pisarzy potrafi przestraszyć nawet racjonalnie myślącą istotę. Na nic zdały mi się lektury mądrych książek, bo po „W ciemnym zwierciadle”, nic nie jest już takie samo, a zielona herbata nabiera halucynogennych efektów.

W ciemnym zwierciadle

Dodatkowego smaczku lekturze nadaje fakt, że żona Josepha – Susan, niewątpliwie cierpiała na zaburzenia psychiczne i zmarła w dość niewyjaśnionych okolicznościach po ataku histerii. Powieść gotycka to gatunek, z którym dopiero się szerzej zaznajamiam i muszę przyznać, że to niesamowita lektura. Horror klasy A, który w dodatku zostawi psychikę Czytelnika w poczuciu stałego zagrożenia. Piękna sprawa dla tych, którzy nie boją się bać i lubią zagmatwane, tajemnice historie, bez pełnego wyjaśnienia na samym końcu.

Przyznam, że lektura „Zielonej herbaty” zupełnie zbiła mnie z tropu. Jednocześnie przerażająca, mroczna i ospała atmosfera opowiadania sprawiła, że Czytelnik staje się obserwatorem wszystkich wydarzeń z teoretycznie bezpiecznej perspektywy. Teoretycznie – bo wrażenie, jakie robi na Czytelniku język, styl i umiejętna narracja powodują, że nie można czuć się bezpiecznie w pozornie bezpiecznych miejscach. Zaczęłam się też zupełnie na poważnie zastanawiać nad odstawieniem zielonej herbaty! Takich halucynacji to ja zdecydowanie nie potrzebuję w swoim życiu! Możecie sobie zatem wyobrazić, jak skutecznie musi być przedstawiony dany przypadek według doktora Hesseliusa.

Joseph Sheridan Le Fanu to dziewiętnastowieczny irlandzki pisarz słynący z mrożących krew w żyłach powieściach gotyckich. Jego bibliografia nie jest bardzo długa, jednak zapisał się historii jako twórca znakomitych gotyckich powieści, które na bardzo długi czas zapadają w pamięć. Po przeczytaniu zbioru „W ciemnym zwierciadle”, na który składają się m.in. opowiadania „Zielona herbata” oraz „Carmilla”. Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, że właśnie kobieta-wampir z „Carmilli” była inspiracją dla Brama Stokera i jego, kultowej już, Drakuli. Ogromne brawa należą się pani Mirze Czarneckiej za błyskotliwe tłumaczenie, które nie ujęło nic oryginalnej wersji książki. Dodatkowy plus za straszną okładkę dla Macieja Szajkowskiego – ta twarz razem z lekturą książki sprawiły, że przez parę dobrych nocy nie mogłam spokojnie spać.

„W ciemnym zwierciadle”
Joseph Sheridan Le Fanu

Zysk i S-ka

Wariat zawsze pozostanie wariatem

Lobotomia. Nazwa zabiegu medycznego wywołująca ciarki na plecach nawet bez zaznajomienia z tematem. Iście barbarzyńska metoda na wszelkiego rodzaju choroby psychiczne i halucynacje, która zawsze wywoływała wiele kontrowersji, a jednocześnie była powszechnie przeprowadzana przez prawie 20 lat. Ogrom skutków ubocznych, wiele przypadków śmiertelnych i brak jednoznacznych zmian na lepsze absolutnie nie zniechęcił praktykujących medyków do zrezygnowania z tego sposobu „leczenia” chorób psychicznych. Dlaczego i za jaką cenę?

Twarze w wodzie Janet Frame
Twarze w wodzie Janet Frame

Istina Mavet to młoda kobieta, której życie zawaliło się wraz z diagnozą zwiastującą chorobę psychiczną. Niewypowiedziane cierpienie, które przechodzi w kolejnych szpitalach psychiatrycznych jest czymś zupełnie przeciwstawnym do „wyleczenia” tudzież zmniejszenia objawów danej jednostki chorobowej. Elektrowstrząsy, poniżanie i wszechobecny brak prawidłowej higieny jest w tej książce uderzający i napawa Czytelnika przerażeniem o istniejących warunkach w takich przybytkach. Istina Mavet cierpi. Jej dusza cierpi, bo nikt nie próbuje jej zrozumieć. Nikt nawet nie stara się. Masa ludzi leczona przez garstkę personelu medycznego. Zero indywidualnego podejścia. Dlaczego? Bo ono nie ma sensu – „przecież oni nie rozumieją”. A tak naprawdę rozumieją znacznie więcej. Są częściej zdecydowanie bardziej wrażliwi na wszystkie niewypowiedziane słowa zawarte w gestach. A już na pewno rozumieją, gdy ktoś traktuje ich jak wariatów.

Owszem, to było zapewne jakiś czas temu, ale jest w „Twarzach w wodzie” zawarta uogólniona prawda – osoba chora psychicznie to osoba gorsza. To ktoś, kogo nie da się uleczyć, zatem PO CO SIĘ STARAĆ? Przecież ona i tak nie wyjdzie z tego szpitala już nigdy w życiu! Ten pojawiający się schemat jest tak piekielnie smutny, bo zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele osób tak myśli. Jaka ogromna część personelu szpitalnego myśli tak o osobach chorych psychicznie, niedołężnych i zwyczajnie starych. Jak o CZYMŚ, nie o KIMŚ. Stają się przedmiotami, które można odłożyć na fotel i którymi nie należy się zbytnio przejmować, bo za chwilę nadal tam będą.

Podobnie jak elektrowstrząsy, lobotomia była uznana za idealne narzędzie do poprawy zachowania ludzi chorych psychicznie. OCZYWIŚCIE! Bo stawali się kimś zupełnie innym niż byli! W tym momencie wiemy, jak wielkie spustoszenie siał ten zabieg, jak wiele ludzi wycierpiało po jego przeprowadzeniu oraz jak wiele wcale go nie przeżyło. Już samo wsadzanie szpikulca przez oko wydaje się barbarzyńskim rozwiązaniem, a co dopiero uznawanie takiej metody za wspaniałe rozwiązanie wszystkich problemów psychicznych! Jeśli nigdy nie mieliście okazji zapoznania się z tematem, to „Twarze w wodzie” przedstawią Wam sytuację naprawdę bardzo realistycznie.

Janet Frame to nowozelandzka pisarka, która niestety zmarła w 2004 roku. Tematyka chorób psychicznych była jej znana z własnego doświadczenia – została zdiagnozowana u niej schizofrenia. Z wykształcenia nauczycielka, z pasji pisarka, której geniusz literacki na szczęście nie został przyćmiony chorobą. Ogromny wpływ na to zapewnia miał brak przeprowadzonego zabiegu lobotomii, która już była dla Janet planowana. Podobnie jak Istina, autorka „Twarzy w wodzie” była dość stałą rezydentką szpitali psychiatrycznych i cierpiała katusze fundowanych tam elektrowstrząsów. Fabuła tej książki w obliczu biografii autorki staje się jeszcze bardziej realistyczna i zdecydowanie bardziej wstrząsająca. Polecam każdemu, komu nie jest obojętny los osób chorych psychicznie i którzy nie są za tym, aby takie osoby były wiecznie odizolowane od świata zewnętrznego.

Po co chronić ludzkość, gdy można ją wykorzystać?

Epik brzmi epicko, prawda? Może się kojarzyć z czymś lub kimś, kto bezsprzecznie będzie dobrym bohaterem chroniącym ludzkość przez nieuchronną zagładą. Nic bardziej mylnego. Witajcie w świecie rządzonym przez Epików, którzy bezwzględnie wykorzystują swoje moce, aby osiągnąć władzę. Wejdźcie do Stanów Zjednoczonych, którymi nie rządzi już konstytucja ani prezydent, lecz niezniszczalny Stalowe Serce, którego przydomek mógłby sugerować, że jakiekolwiek jeszcze posiada.

Stalowe Serce Brandon Sanderson
Stalowe Serce Brandon Sanderson

Nieśmiertelni superbohaterowie

Wszyscy uwielbiamy superbohaterów. Są czasem nieśmiertelni, często pancernie wytrzymali, ale prawie zawsze mają jakąś wyjątkową moc. Coś o czym każdy z nas skrycie marzy, obojętnie czy jest to długotrwała niewidzialność, czy też nieskończona siła. Gdy na niebie pojawiła się Calamity nikt nie wiedział czym jest i co przyniesie. Nagle ludzie zaczęli się zmieniać. Pojawiły się niezwykłe zdolności, a wraz z nimi to, czego nie zobaczycie na filmach o superbohaterach. Wszyscy zapragnęli władzy, w ten czy inny sposób. Po co chronić ludzkość, gdy można ją wykorzystać?

David Charleston to młody chłopak, którego poznajemy na samym początku w tragicznych okolicznościach. W świecie, w którym rządzą Epicy zwykła wizyta w banku może mieć fatalne skutki. I tak jest w tym przypadku. David kierujący się chęcią zemsty i żyjący w świecie ogromnej niesprawiedliwości (to prawie jak nasz!), chce dołączyć do Mścicieli, czyli grupy eliminującej Epików. Myślicie, że wszystko jest tak proste? Otóż nie! Nie wszystkich Epików da się zabić ot tak. Niektórzy z nich są śmiertelni, inni wydają się niezniszczalni, tak jak Stalowe serce. Jednak on nie wie, że David przeżył i zna jego sekret – Stalowe serce krwawi najprawdziwszą krwią.

Brandon Sanderson to utalentowany amerykański pisarz, obdarowany już dwukrotnie nagrodą Hugo (przyznawaną za utwory literackie z gatunku science-fiction i fantasy). Jego książki spotykają się z dobrą reakcją ze strony recenzentów oraz krytyków literackich i nic w tym dziwnego – jego styl pisarski jest już dobrze wykształcony, a fabuła ma spójną, logiczną całość. Wydarzenia z przyszłości są nacechowane pesymistyczną wizją, w której nie ma nic z Marvelovskich herosów – i dobrze! Nie samym Iron Manem człowiek żyje! Jedyna rzecz, która mogła drażnić, to brak konsekwencji w polskim tłumaczeniu – jest metalowe Stalowe serce, ale mamy także umiejącego przewidzieć przyszłość Fortuity’ego (Przypadek brzmi dziwnie po polsku, ale Jasnowidzący byłoby całkiem na miejscu!).

„Stalowe serce” to pierwszy tom trylogii „Mściciele” (ang. Reckoners) – następne to „Firefight” oraz „Calamity”, które mam nadzieję zostaną przetłumaczone na język polski i wydane przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Wyobraźcie sobie antybohaterów i ich władzę nad światem – w bardzo dużym skrócie – a z pewnością przemówi do Was „Stalowe serce”.

Stalowe serce

Brandon Sanderson

Zysk i S-ka

Gdy dni i noce są pełne krwi, a skrzydła nie przynoszą poszukiwanej ulgi

Wielu z nas wyobraża sobie, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. Wielu z nas wierzy w Demony i Diabły prędzej niż w Anioły i Boga. Dlaczego? Bo w zło jest łatwiej uwierzyć każdemu śmiertelnikowi. Co by się stało, gdybyśmy naprawdę stanęli w obliczu innych istot? Czy bylibyśmy skłonni zaufać w ich dobre intencje, czy zaczęlibyśmy od ataku? Czy chimery umieją żyć w zgodzie z aniołami, a może ich istnienie jest skazane na wieczną konfrontację?

Dni i krwi światła gwiazd Laini Taylor
Dni i krwi światła gwiazd Laini Taylor

Poznajcie Karou, która musi odpokutować za grzechy popełnione w pierwszej części (więcej nie zdradzę). Teraz to w jej gestii jest wskrzeszanie dusz chimer poległych w boju, tudzież zabitych specjalnie (tak, nie pomyliłam się!). Ten fascynujący rytuał sprawił, że miałam bardzo zdziwioną minę przez kilka chwil, zanim w pełni zrozumiałam o co chodzi. Otóż mając kadzielnicę wypełnioną duszą uśmierconej chimery, można ją wskrzesić w innym ciele, które tworzy sam wskrzesiciel (dużą rolę pełnią tutaj zęby różnych zwierząt). GENIALNE! Mając wcześniej ciało chimery kota i człowieka, teraz można stworzyć połączenie antylopy i geparda, dodatkowo dodając jej skrzydła! Koncept tworzenia ciała po prostu mnie zmiażdżył.

„Dni krwi i światła gwiazd” to drugi tom trylogii Laini Taylor opowiadającej o równoległym świecie pełnym chimer i serafinów. Pierwsza część (której recenzja niebawem – tak, wiem, zaczęłam od złej strony!) uzyskała tytuł bestsellera „New York Timesa” i zajęła poczytne miejsca na liście Amazonu. Podobnie z drugą częścią – otrzymała wiele nagród i wyróżnień. Powiem tak – w pełni na to zasłużyła! Narracja z wielu perspektyw dodaje smaczku i jest w tym przypadku idealna, aby całkowicie oddać fabułę i umożliwić Czytelnikowi zapoznanie się z wielością bohaterów (a uwierzcie mi, chciałabym poznać każdą chimerę z osobna!).

Całe 350 stron przeczytałam w parę godzin i absolutnie nic nie było mnie w stanie od niej oderwać. I choć jest to literatura dla młodzieży, to nie jest ona delikatna. Nie brak tutaj scen przemocy i bardzo plastycznych opisów najróżniejszych rytuałów, bestii i poszczególnych bohaterów. Zatem takiej znowu najmłodszej młodzieży bym tego nie polecała, tylko tej raczej dojrzalszej, bo sceny (co prawda delikatne w drugim tomie) zawierające erotykę też są.

Laini Taylor to przeurocza istota o różowych włosach, która mieszka w Oregonie w Stanach Zjednoczonych. Zawsze marzyła, by być pisarką i trzeba przyznać – wiedziała jakie jest jej przeznaczenie! Stworzyła w tej trylogii tak intrygujące uniwersum, którego lektura sprawia, że Czytelnik zatapia się w skrzydłach aniołów i podziwia chimeryczne połączenia budzące jednocześnie grozę i podziw. Większość jej książek ilustrował jej mąż – Jim Di Bartolo – jestem ciekawa, czy były w podobnym klimacie jak książki jego żony.

A teraz biorę się za lekturę trzeciego tomu części pierwszej (ostatniej z cyklu, która została wydana w dwóch częściach niestety), zostawiając sobie na koniec najważniejszą – pierwszą część cyklu. Składam hołd tłumaczce – pani Julii Wolin za fenomenalny przekład, dzięki któremu klimat został w pełni ukazany. Jeśli nie czytaliście żadnej, a zaczynacie od którejkolwiek z nich, autorka nie da Wam odczuć, że powinniście czytać po kolei. Zanurzcie się w świecie rządzącym się swoimi prawami, gdzie serafini mają przewagę w postaci skrzydeł, a chimery umieją zamykać dusze w kadzielnicach.

Recenzja „Snów bogów i potworów części 1”

Recenzja „Snów bogów i potworów części 2”

Gdy anioły zstępują na Ziemię

…to w sumie powinniśmy się albo radować, albo nie żyć. Sąd Ostateczny czy radosne Zniebostąpienie? Nic z tych rzeczy. Anioły wpadły w odwiedziny tylko po to, aby zasiać w nas ziarno strachu, które urośnie do rangi przerażenia, dzięki naszej wiwicznej wyobraźni. Bo jak można zrozumieć słowo „potwór”, inaczej niż coś niewyobrażalnie odrażającego i mającego wyłącznie złe zamiary. Pal to sześć wygląd, który może chwilowo skonsternować. Ale wyzierające z oczu zło jest już czymś, od czego powinniśmy uciekać najdalej jak możemy.

Sny bogów i potworów część 1
Sny bogów i potworów część 1

Anioły. Wszechobecna dobroć zamknięta w jednej istocie ze skrzydełkami. Ot, stereotyp. Przecież doskonale wiemy, że istnieją złe anioły, które zostały wyklęte z nieba za karę (dla przykładu piękny i dostojny Lucyfer, który kochał Boga, ale jego miłość za silna). Są nawet te serafiny, które gotowe są przelać krew ludzi, by uzyskać władzę. Czy nadal będą piękne i niewinne z paszczą pełną krwi? Chimera to dość tajemnicza nazwa na biologicznie różniącą się istotę (we własnym DNA), ale przede wszystkim używany w stosunku do tworu mitycznego o skomplikowanej budowie ciała z kilku zwierząt (lwa, kozy i węża). Mi dodatkowo chimera kojarzy się z Chimairą, czyli świetnym metalowym zespołem, który idealnie nadawałby się do soundtracku ekranizacji (posłuchajcie choćby „Pure hatred” – przecież od razu przynosi na myśl nienawiść między serafinami a chimerami). Kto jednak powiedział, że na tym połączeniu warto się zatrzymać? Przecież istnieje tyle cudownych zwierząt, których zalety można połączyć w jednym bycie…

…to właśnie robi Karou. Tworzy niebanalne jednostki, które mają posłużyć dobru wspólnemu. Mimo swego momentami okropnego wyglądu, mają być przede wszystkim użyteczne w walce i dokładnie ten cel zostaje osiągnięty przy każdym wskrzeszeniu. Tylko ona wie, ile wysiłku musi w to włożyć. Tylko ona wie, jak to jest być wystawioną na przenikliwy wzrok braci i sióstr, potworów w każdym calu. Tylko ona musi znosić los kochanicy anioła, której serce wcale nie chce zboczyć z tej drogi. Czy Akiva będzie w stanie odpokutować swoje grzechy w jej oczach? Czy ta miłość jest już od czasów tamtej rzezi skazana na zapomnienie? Czy Liraz doda kolejne tatuaże, upamiętniające mordowanie wroga, do swojej kolekcji? A może Ziri w końcu odnajdzie swoje szczęście, którego brak przypomina na każdym kroku jego przydomek. Dowiecie się tego w „Snach bogów i potworów, części 1”.

Jak ostatnio pisałam, Laini Taylor to bardzo sympatyczna pani, której włosy przynoszą skojarzenia z Karou, ale odwrotne (a tak przewrotnie napisałam!). Jej twórczość została już doceniona na całym świecie i mam nadzieję, że także w naszym pięknym kraju, jej książki znajdą grono wiernych fanów, którzy będą czekać na kolejną z wypiekami na twarzy (przyznam, że zaliczam się już do tej kategorii!). Błyskotliwe tłumaczenie oraz klimatyczne okładki są dodatkowym smaczkiem, który powinien zachęcić tych, którzy do tej pory trwają nieprzekonani przez moją ocenę. „Sny bogów i potworów”, którą dane mi było przeczytać, to dopiero część pierwsza, więc będę trwać w niebycie do wydania następnej części.

Tutaj znajdziecie recenzję tomu 2.
A tutaj recenzję tomu 3 części 2.

Wojenna codzienność potrafi być kolorowa

Anna Duszkowska i Anna Obrycka to jedna i ta sama osoba, która łączy ze sobą dwa światy – przeszły i współczesny. Obraz z modrzewiem umożliwia jej podróżowanie w czasie, za które wielu z nas byłoby w stanie wiele oddać. Jak Anna odnajduje się w wojennej rzeczywistości? Z jednej strony pełnej brutalności, z drugiej szczerego oddania i lojalności, o które tak ciężko w naszych czasach. Czy rozłąka z Aleksandrem okaże się mieć szczęśliwe zakończenie, czy wojna upomni się o swoje ofiary?

Noc nad Samborzewem Wiesława Bancarzewska

Co by było, gdyby ze współczesnym poziomem wiedzy można było się przenieść do dawnych czasów? Jak dzisiejszy człowiek poradziłby sobie w pełnym szarości wojennym świecie? Umiecie sobie wyobrazić życie bez Internetu, nowoczesnej pralki czy wypełnionych po brzegi półek w sklepach? Cała koncepcja możliwości przeniesienia się w czasie do lat trzydziestych XIX wieku jest ujęta w tak czarujący sposób, w jakim jest napisana cała książka Wiesławy Bancarzewskiej. Choć to moje pierwsze zderzenie z twórczością autorki, z pewnością nadrobię wcześniejsze tomy o losach Ani i jej przyjaciół.

Wiesława Bancarzewska to autorka trylogii o Samborzewie w latach trzydziestych ubiegłego wieku (wcześniejsze książki to „Powrót do Nałęczowa” oraz „Zapiski z Annopola” – obie oceniane bardzo wysoko). „Noc nad Samborzewem” to już lektura opowiadająca o czasach stricte II Wojny Światowej, czyli jednym słowem okrutnych i bezlitosnych. Mimo moich braków w zapoznaniu się z poprzednimi książkami, nie odczułam podczas lektury ostatniego tomu żadnych niesnasek ze strony autorki z tego właśnie powodu. Wręcz przeciwnie, jako końcowa część, „Noc nad Samborzewem” pięknie zwieńczyła historię obrazu z modrzewiem, podsumowała doświadczenia poszczególnych postaci i umiejscowiła Anię w miejscu, do którego zawsze należała. Całkowicie zachowana spójność fabuły, dopracowane nawet maleńkie szczegóły (sądzę, że zakochacie się w historii Oskara) oraz mistrzowsko wykonany research tamtych czasów (łącznie ze smakowitymi historiami, które zachwycą zwolenników historii). Do tych wszystkich plusów należy dodać fenomenalne postaci, których autorka stworzyła z krwi i kości, oferując Czytelnikowi gamę wyrazistych bohaterów, z których każdy ma swoje wady i zalety. Łączy ich jedno – przetrwać wojnę!

Powiem tak – powieść zaskoczyła mnie przeogromnie, bo nie spodziewałam się tak spójnego stylistycznie i fabularnie stylu po nauczycielce biologii (wszak wiemy, że umysły ścisłe potrafią chadzać swoimi drogami), jakże przyjemnie się pomyliłam! Pani Wiesława dodatkowo zaplusowała u mnie zaangażowaniem w charytatywną akcję, której też jestem uczestnikiem – mianowicie bazarek na Facebooku „Koty niczyje”, na którym wystawiła swoją najnowszą książkę, właśnie w celu zlicytowania jej dla dobra kociaków.

Oby więcej takich ludzi i takich powieści, które przenoszą w swój świat nie tylko Czytelnika, ale przede wszystkim swoich bohaterów!

Ujrzyjcie siebie bez złudzeń

Bycie szamanką oznacza wolność dla duszy. Odkrycie samej siebie i wyzwolenie nagromadzonych emocji, tych dobrych i złych. Odnalezienie celu swojej podróży albo wręcz przeciwnie, zaprzestanie jego poszukiwań. Jak sprawić, aby znów poczuć się wolnym? Co zrobić, gdy pętają nas niewidzialne więzy współczesnego świata? Wsłuchać się w brzmienie swojego ciała. Zostać szamanem swoich emocji.

szamanki w wielkim mieście Anna Punda-Parvati
szamanki w wielkim mieście Anna Punda-Parvati

„Ciało to laboratorium”. [s. 17]

Hipnotyzująca opowieść o trzech kobietach, których ścieżki przecięły się w różnym czasie i innych miejscach, aby ostatecznie spotkać się w Berlinie. Isis, Kali i Laila różnią się od siebie w wielu kwestiach, ale łączy je jedno – chęć odnalezienia własnego ja, które gdzieś po drodze zgubiły. Mogło się to stać przez nieodpowiedniego mężczyznę, niewłaściwą pracę albo złe otoczenie, które nie pomagało się rozwijać. Jak opanować swoje emocje, aby nie zawładnęły naszym życiem w złym sensie? Jak wypuścić naszą duszę na wolność, której pragnie?

„Niemyślenie to dobra technika. W rezultacie są dwa wyjścia: albo upadek będzie upadkiem i końcem, dnem, albo będzie początkiem interesującej przygody”. [s. 95]

Anna Punda-Parvati to antropolog, którą zafascynował ostatnio zbawienny wpływ tańca na nasze samopoczucie. Da się to wyczuć w „Szamankach w wielkim mieście” i ten motyw przewija się w życiu wszystkich naszych bohaterek. Taniec i brzmienia, bębny, dźwięki gitary, które wytwarzają drgania w każdej tkance naszego ciała. Jako trenerka wyzwolenia własnej siły, używa wielu argumentów, które mają przekonać Czytelnika do tego, aby zaczął szukać mocy kryjącej się w jego ciele i duszy.

Przyznam, że to bardzo skuteczna terapia, która zachęca do odnalezienia naszej wewnętrznej potęgi, tylko czekającej na uwolnienie z jarzm ograniczeń. „Szamanki w wielkim mieście” to niewątpliwie literatura kobieca, której lektura sprawi, że każda kobieta nagle zapragnie poszukać w sobie tej cudownej, nieskończonej siły. To także książka, której przeczytanie otworzyłoby oczy wielu panom, którzy nie szczycą się wielką znajomością kobiecej strony życia. Jeszcze cenniejsza będzie dla tych, którzy rzekomo wiedzą już o kobietach wszystko.

„Nowoczesna szamanka potrafi nadawać na różnych częstotliwościach i wie, jak to kontrolować. Ona decyduje, z jakim rodzajem drgań chce rezonować”. [s. 102]

Wojna zostaje w sercu

I umyśle. Ciężko się jej pozbyć. Obojętne czy wydarzenia z niej płynące poskutkują zespołem stresu pourazowego, czy zobojętnieniem na cały świat i chęcią powrotu. Niektórzy nie umieją już żyć bez wojny. Bez ludzi, z którymi walczą ramię w ramię, polegając na nich bezgranicznie i mając ich życie na swoich barkach. Z takim ciężarem nie wraca się do zwyczajnej szarości dnia codziennego. Raz uniesiony, chce wracać, by nadawać sens istnieniu.

Przebudzona Róża Lewanowicz
Przebudzona Róża Lewanowicz

Justyna nie umie się odnaleźć w swojej rzeczywistości po ujawnieniu mężowi prawdy o jej porwaniu (pierwsza część przygód bohaterki). Można to też ująć inaczej – jego samcza duma nie pozwoliła mu ogarnąć jej historii i zepsuła wszystko. Pierwsza instynktowa reakcja żołnierza w takiej sytuacji – powrót na wojnę. Czy Justyna będzie bezpieczniejsza w stanie ciągłego zagrożenia bardziej niż w Polsce? Jeśli tak to dlaczego?

Niech Was absolutnie nie zmyli okładka tej książki. Nie ma ona w sobie wiele tej kobiecej zwiewności i „słabości”, którą może sugerować okładka. Gdybym oceniała książkę po okładce, to z pewnością tej bym nie wzięła, uznając ją za nie pasującą do mojego gustu, a tu zonk! „Przebudzenie” to tak naprawdę książka o wojsku pełną parą. Wątek obyczajowy jest tutaj zdecydowanie podporą dla wątku sensacyjnego i to wyszło książce zdecydowanie na dobre (choć autorka twierdzi, że w „Porwanej” było zupełnie na odwrót). Uwielbiam takie książki! Pięknie zobrazowane zachowanie żołnierzy, policjantów z CBŚ, wszystko jak na dobrym serialu lub filmie kryminalnym (aż mi się „Sfora” skojarzyła). Wciągająca akcja, błyskotliwe monologi (sarkazm, czarny humor to jest to!) i bohaterowie, w których znajdziecie swoich znienawidzonych i ulubionych.

Co jeszcze przyciąga uwagę w „Przebudzonej”? Łatwość, z jaką autorka operuje wojskowym językiem (jak sama wspomina w wywiadzie – od zawsze nie miała z tym problemów) sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem, akcja goni akcję, a bohaterowie są Czytelnikowi tak bliscy i rzeczywiści, jak tylko mogą być fikcyjne postaci. Autorka nie karci za nieprzeczytanie pierwszej części – mniej więcej kojarzymy co się wydarzyło i dlaczego, a ponadto wątek zostaje dalej pociągnięty właśnie w „Przebudzonej”. Róża Lewanowicz to oczywiście pseudonim pisarki, która pragnie zachować anonimowość przez korzystanie z wielu źródeł z własnego otoczenia – chciała uniknąć niepotrzebnego zamieszania, które mogłaby wprowadzić lektura takiej książki. I bardzo dobrze – nie ma to jak aura tajemniczości w przypadku takiej książki!

Ogrody, dla których tylko wyobraźnia jest granicą

Kto powiedział, że kolorowanie jest tylko dla dorosłych, ten ma ograniczoną wyobraźnię i jest mi go autentycznie szkoda! Albo ja zaczęłam ostatnio więcej zauważać takich wydań na naszym rynku, albo jest ich istotnie więcej – bardzo dobrze. Kolorowanie to naprawdę cudowna metoda na relaks. Nawet jeśli człowiek jest przemęczony, zestresowany i zupełnie zniecierpliwiony, to polecam spróbować. Malowanie zaczyna uspokajać, wybieranie kolorów, odcieni i barwienie poszczególnych elementów sprawia, że zatracamy się w tym zupełnie, odzyskując wewnętrzną harmonię.

Książka „Tajemniczy ogród” zaprasza nas w swoje progi niesamowitą okładką, a zatrzymuje rozbudowanym wnętrzem. Każda strona to bogactwo linii, z których wyłaniają się piękne kwiaty, bujne rośliny, wielkie domki na drzewie, ciekawskie wiewiórki czy leniwe ślimaczki. Są to czasem naprawdę maleńkie elementy, których wygląd może wpłynąć na całą ekspozycję. Wszystko prezentuje się przepięknie – większość obrazków zmusza kolorującego do dodatkowej aktywności. Nie tylko w postaci szukania ukrytych przedmiotów, ale też w zmotywowaniu do domalowania czegoś do danego obrazka. Absolutnie nie mam żadnych zdolności plastycznych, ale i tak chciałam to zrobić!

4618c5_7eb40590d054441280cc4084484f2d26

Autorka prezentuje nam bogactwo flory, która zachwyca na co dzień, a którą teraz możemy i my zabarwić na kolory, które tylko się nam zamarzą. Ta niewielka książeczka sprawi, że wiele dni lub/i tygodni minie Wam na kolorowaniu tych roślinek i zwierzaczków. Zapewni Wam możliwość odstresowania na długi czas, a przy umiejętnym kolorowaniu (bardzo możliwe, że przy użyciu cienkopisów – bardzo małe elementy), nawet może posłużyć jako nasz mały wkład w dekorację mieszkania. Książeczki nie polecam dla najmłodszych, lecz dzieci tak od 12 roku życia. Będzie zbyt trudna i w ten sposób frustrująca dla mniejszych dzieci, które nie poradzą sobie z maleńkością poszczególnych części.

4618c5_a6fa42b36ef542e9bc1da583932ff471

Johanna Basford to utalentowana artystka, której książki są już sprzedawane na całym świecie i naprawdę doceniane. Pozostałe dwie książeczki do kolorowania to „Echnanted Forest” i „Lost Ocean” – „Zaczarowany las” będzie niedługo w sprzedaży także w Polsce. Na jej stronie możecie podziwiać już pokolorowane obrazki, a także dodawać tam swoje prace! Johanna zaczyna pracę zawsze od szkicu ołówkowego, następnie pokrywając je tuszem – te misternie tworzone dzieła sztuki mogą być Wasze za naprawdę niewielkie pieniądze.

Tajemny ogród Johanna Basford
Tajemny ogród Johanna Basford

Za możliwość przeniesienia się do tego bajkowego świata serdecznie dziękuję!