Powiedz o tym innym!

Jarosław Grzędowicz w „Azylu” przypomina czytelnikowi swoje opowiadania. Te zapomniane, zakurzone i te, na które miał on kiedyś okazję wpaść w różnych czasopismach fantastycznych. Zebrane w jeden zbiór tworzą przyjemną do czytania całość.

Projekt bez tytuu2 e1523186550193 - Jak pisać wciągające opowiadania? Przekonacie się czytając "Azyl" Jarosława Grzędowicza
Azyl Jarosław Grzędowicz

„Azyl” Jarosława Grzędowicza zaczynamy z przytupem od debiutanckiego opowiadania Jarosława Grzędowicza, p.t. „Azyl dla starych pilotów”. Ten niewielki utwór był pisany w czasach, kiedy polski świat fantastyczny dopiero raczkował. Pierwszy raz upubliczniony w czasopiśmie „Odgłosy” w 1982 roku, gdy w Polsce trwał stan wojenny. Niewesołe czasy dla jakiejkolwiek twórczości. Fantasy to był przede wszystkim „Hobbit” Tolkiena czy twórczość Ursuli Le Guin. Moja przygoda z fantastyką to najpierw czytanie opowiadań w czasopismach fantastycznych. Te krótkie utwory mają w sobie to coś, co sprawia, że zapamiętuje się je na długo, by czasem po kilkunastu latach szukać ich w pamięci.

Razem z opowiadaniem „Ruleta”, to najkrótsze opowiadania całego zbioru. Opowiadanie nie musi mieć kilkudziesięciu stron, by przedstawić sobą ciekawy koncept, który zaintryguje czytelnika. „Ruleta” opowiada o samotności, pechu i nieuchronności losu. Jeśli myślicie, że to zbyt szerokie zagadnienia na opowiadanie, to nie czytaliście nic Jarosława Grzędowicza. Wystarczyło mu 9 stron, aby ukazać beznadzieję, bezbrzeżną pustkę i dołujący smutek. Piękna sprawa.

„Samotny w społeczeństwie, w którym nie ma miejsca dla pechowców.” [s.26]

„Rozkaz kochać!” należy do tych opowiadań, które mają wyrazistą puentę. Co gorsza – ten morał zostaje w głowie dłuższy czas po przeczytaniu opowieści o młodym ochroniarzu, zakochanym w kimś, kogo ma za zadanie chronić. Potem jest jeszcze gorzej – pojawiają się REFLEKSJE na temat granic moralności i ingerencji w ludzkie emocje. Coś ohydnego! To miało być przyjemne, a nie wymagające!

I ten słodki opis miłości, nie ujdzie zmysłom każdej kobiety:

„Była szczupłą, smagłą brunetką o miodowych oczach, w których zobaczył podzwrotnikowe słońce, plażę i gałęzie pinii na tle rozpalonego nieba. Usłyszał muzykę, poczuł zapach maciejki i smak ananasów.” [s. 250]

Kiedy hejt nie był hejtem

Najdłuższe opowiadanie to „Przespać piekło”, które jest dodatkowo podzielone na dwie części. W tym przypadku, przy odrobinie rozwinięcia, mogłaby to być dobra powieść postapokaliptyczna, której katastroficzna wizja bardzo dobrze przemawia do ludzkiego umysłu. Lubimy czytać takie wytwory pisarskiej wyobraźni. Z jednej strony mamy nadzieję, że one nigdy się nie ziszczą. Z drugiej, zastanawiamy się, którą jednostką wolimy być, gdy nastaną.

Było ono pisane chyba jeszcze za czasów, gdy hejt nie był modnym słowem w mediach społecznościowych. Tutaj nie mają pejoratywnego wydźwięku, a wręcz przeciwnie. To ciekawe doświadczenie – przeczytać słowo, które ma już tak negatywne emocje pod sobą i przypisać mu nowe znaczenie. W pierwszej części dostajemy wizję ze strony „zwykłego człowieka”, który próbuje jakoś przetrwać w społeczeństwie, które ocenia każde jego zachowanie przy pomocy punktów.

„Pasożytka. Niespełniająca podstawowych obowiązków. Ciężar. Żywy trup. Dziewięćset pięćdziesiąt punktów. Przy tysiącu dwustu wyrzucają z boksu, więc czytnik zawiesili jej na szyi. Cykał co jakiś czas, jak zegar odliczający czas do eutanazji. Dno.” [s. 101]

Druga część, jeszcze ciekawsza, to perspektywa wroga „zwykłego człowieka” – Obrońcy Netara Weigensa. To on kryje się za białym pancerzem, chroniącym go przed rozpoznaniem i skutecznie odgradzającym od ludzkich emocji. Z jakiegoś powodu przypominał mi Robocopa. Tyle że był bardziej nikczemny, ale równie skuteczny.

„Wyrzucił papierosa, założył hełm i zatrzasnął przyłbicę. W mgnieniu oka jego twarz została przesłonięta kanciastą maską. Netar Weigens zniknął. Stał się po prostu Obrońcą – bezimiennym, bezosobowym. Niemal całkowicie bezkarnym i niemożliwym do identyfikacji.” [s. 158]

W opowiadaniach nie chodzi o opowiedzenie wszystkiego

„Śmierć Szczurołapa” jest napisana w klimacie, który czyta się błyskawicznie, nie pozostawia niedosytu i zamyka klamerką opisaną całość. Są pewne niedopowiedzenia i bardzo dobrze. Są moje ukochane zwierzątka, które prezentują się tu jako drapieżne paskudztwa. Można je nawet porównać do „Ptaków” Hitchocka. Jak ktoś ma uraz do szczurów, proszę nie czytać. Jak chcecie poczytać o alternatywnej wizji zjednoczonej Europy z lat dziewięćdziesiątych – zalecam!

„- Bo widziałem! – uniósł się Prorok.

– To czegoś za nim nie polazł?

– Bo  ja jestem wybrany!” [s.76]

„Chwilę przed deszczem” znam już z antologii „Bajki dla dorosłych”, o czym przypomniałam sobie po przeczytaniu kilku stron. Ta antologia będąca ukłonem w stronę zmarłego Tomka Pacyńskiego (też pisał świetne opowiadania), to również zbiór znakomitych opowieści. Było mi bardzo smutno z powodu odejścia Pacyńskiego, bo chwilę przed dopiero natknęłam się na jego twórczość. Wiedziałam wtedy, że będzie jednym z moich ulubionych autorów.

„Chwila przed deszczem” to wizja świata, w którym są równi i równiejsi. Jedni mają lepsze geny, inni gorsze. „Ulepszanie” DNA jest czymś pożądanym, ale czy zabawy z genetyką wyjdą tej wizji ludzkości na dobre?

Czasem coś nam się nie podoba, bo trudno nam się wczuć w klimat

Najmniej przemówiła do m nie „Twierdza Trzech Studni”. Nie wiem czy to kwestia tego, że trudno było mi się przestawić z bardziej nastawionej na science fiction „Rulety”, czy „Zakutego w stal” Zambocha, którego jednocześnie czytam. A  może jestem tak zafiksowana na typowość sf, że jakiekolwiek zakręty gatunkowe na mnie nie działają? Jakkolwiek by nie było – zrzucam wszystko na karb dziwnych nazw własnych, które jakoś nie przypadły mi do gustu. Zamierzam do niego wrócić za jakiś czas, sprawdzić czy mi się odmieni.

„Enter i jesteś martwy” to drugie z cyklu – „nie wiem czy mi się podoba”. Trudno mi się do niego ustosunkować. Przeczytałam. To najlepsze co mogłam o nim powiedzieć zaraz po lekturze. Bez emocji, a to jest mi często potrzebne, by uznać czytany element za coś dobrego. I to nie dlatego, że było pisane w czasach, gdy była przede wszystkim gotówka (albo jej nie było), a o karcie można było pomarzyć. Nie denerwowała mnie „archaiczność” wyzierająca z opowieści. Może fakt zbyt długich akapitów zadziałał tu na niekorzyść? To, co było w nim ciekawe to ujęcie perspektywy zbrodniarza, który robi to co robi, ale nie czerpie z tego niewysłowionej przyjemności.

Jak napisać wciągające opowiadanie?

Krótkie utwory literackie muszą mieć to coś. Nie mogą być zbyt rozbuchane fabularnie, bo przygniotą czytelnika nadmiarem informacji. Z drugiej strony, nie mogą być zbyt banalne, bo nic nie wniosą w literackie zmysły odbiorcy. Jak zatem trafić w to „idealne opowiadanie”?

Wymyślić koncept, który będzie potrafił się zamknąć w jednym rozdziale powieści. Zabić bohatera, którego nam szkoda. Zostawić odbiorcę w suspensie oczekiwania na brak dalszego ciągu. Nie wnikać w rozległe opisy świata. Dać pole do popisu wyobraźni czytelnika, który może poczuje niedosyt, ale nie ogarnie go wrażenie przepełnienia niepotrzebną informacją. Stworzyć jedną wyrazistą postać, nie wnikając w drugoplanowych bohaterów. Wziąć jakąś emocję, wtłoczyć ją w słowa i wypluć w akapitach. Brzmi trudno, prawda?

Od czasu zapoznania z „Księgą jesiennych demonów”, wiedziałam że Jarosław Grzędowicz umie pisać opowiadania. Zdarza mi się nie pamiętać książek, które czytałam za czasów licealnych, ale tę pamiętam jak dziś. Stracha napędził mi niesamowitego niektórymi historiami. Stworzył wtedy w krótkich utworach nastrój napięcia i strachu, nie tracąc przy tym nic ze swojego sarkastycznego poczucia humoru.

Zbiór opowiadań „Azyl” jest tylko potwierdzeniem umiejętności autora. Dodatkowo po każdej opowieści dostajemy anegdotkę Grzędowicza. Czasem o tym, skąd wzięło się to opowiadanie, czasem o tym jakie ma wrażenia po zobaczeniu go po tak długim czasie. Wszystkie bez wyjątku są cennym fragmentem książki. Klimatu dopełniają świetne ilustracje autorstwa Vladimira Nenova oraz główna ilustracja na okładce Piotra Cieślińskiego.

Dlaczego warto sięgnąć po „Azyl”?

W „Azylu” każdy fan fantastyki znajdzie coś dla siebie. Dużo tutaj dobrego znajdą amatorzy science fiction, mniej fani czystego fantasy. Smoków w „Azylu” jak na lekarstwo, ale jest za to dobry warsztat i wciągające, choć krótkie, historie. Ci, których wciąga serial „Black Mirror”, przedstawiający najgorsze możliwe scenariusze dla ludzkości, docenią te opowiadania. Lekturę „Azylu” polecam każdemu, kto nie zna twórczości Jarosława Grzędowicza. To idealny sposób, by skosztować i sprawdzić, czy zasmakuje. Będzie więcej niż odpowiednia dla zadeklarowanych fanów, którzy znają „Pana Lodowego Ogrodu” na wskroś. Co tu dużo pisać, „Azyl” trzeba po prostu przeczytać!