Czy tortury umieją złamać ducha?

Wszechogarniająca ciemność. Brak wystarczającej ilości snu. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym. Jedzenie przypominające mąkę zmieszaną z wodą. Niemożność zachowania podstawowej higieny osobistej. To standardowa taktyka na początek. Zmniejszanie czujności, stopniowe odczłowieczanie, wyzucie z jakichkolwiek resztek dumy i godności. Aż pozostanie tylko chęć podporządkowania się i opuszczenia tego demonicznego miejsca, w którym nie można nawet zobaczyć swojej dłoni. Powtarzanie mantr, uczenie odruchów bezwarunkowych i całkowity konformizm – czy to jedyna metoda, aby Sydney przetrwała?

Kroniki krwi Srebrne Cienie Richelle Mead

Bardzo przypadł mi do gustu koncept ośrodka reedukacji i stosowanych w nim metod nawrócenia splamionych dusz. Plastyczność i szczegółowe opisy sposobów na uzyskanie posłuszeństwa sprawiają, że Czytelnik mimowolnie sam pragnie być grzeczny i ułożony do końca życia. A jednocześnie podziwia samozaparcie torturowanych i ich duży próg bólu (choć oczywiście nie są tacy jak my, więc porównania są bezcelowe). Losy Sydney w tym tomie jej przygód są naprawdę dramatyczne i ukazują w całej okazałości siłę jej woli i dobroć charakteru. Podobała mi się również koncepcja alchemików, przypominając mi trochę książki Nalini Singh o PSI i zmiennokształtnych. Jednymi z niewielu minusów tej książki są jej drugi bohater – wampir Adrian oraz okładka książki – jest mało zachęcająca. Dlaczego Adrian? W tym tomie nie reprezentuje sobą absolutnie nic, poza upijaniem się na umór i próbami poszukiwań Sydney, które właściwie nie brną w żadnym kierunku. Daje sobą kierować jak marionetka i nijak ma się do wizerunku potężnego wampira, do którego jestem przyzwyczajona.

Richelle Mead to amerykańska pisarka, której seria „Akademia wampirów” okazała się strzałem w dziesiątkę i podbiła serca wielu fanów wampirycznych powieści. Jako książka z gatunku Young Adult trafia idealnie w gust młodszych Czytelników, ale zaspokoi też apetyt tych ciut starszych. Z pewnością nie będzie najlepszą lekturą dla starych wyjadaczy horrorów i miłośników złego wizerunku wampira. Autorce należy się duży plus za koncepcję świata oraz pokazanie dampirów – z reguły są one omijane w powieściach fantastycznych. Autorka lubuje się w folklorze, skończyła studia z religioznawstwa oraz pedagogiczne, ale zdecydowała się na karierę literacką, jako zajęcie, które przynosi jej najwięcej satysfakcji.

Intryguje mnie jej seria o sukkubie, jako że akurat o tym gatunku niewiele książek czytałam i bardzo chętnie po nią sięgnę oraz cykl mający swoje tło w starożytnych Chinach, bo ich mitologia jest mi akurat niezupełnie znana. Z pewnością w Polsce największą popularność zyska Akademia wampirów, choć mam nadzieję, że inne książki autorki także zostaną przetłumaczone.

Świat się chwieje, ale czy runie?

Cieszycie się, że PKB rośnie? Że bezrobocie maleje? Że kryzys nad nie dotknął? Jasne, że się cieszycie. Bo nie rozumiecie. Nie próbujecie zrozumieć i nie chcecie wiedzieć. Nie zadajecie najistotniejszych pytań, nie interesuje Was nic poza egzystencją z dnia na dzień. Jest źle? Tak widocznie musi być! Jest kiepska koniunktura – no cóż, prawa wolnego rynku…I tak ze wszystkimi pytaniami. Kiedy przestaliśmy sami sobie zadawać elementarne zagwozdki? Co stało się z naszymi umysłami, że pogodziliśmy się z zastaną rzeczywistością, czemu nie chcemy walczyć o lepsze jutro?

Świat się chwieje Grzegorz Sroczyński
Świat się chwieje Grzegorz Sroczyński

„Świat się chwieje” to wywiady z różnymi osobami, tymi bardziej znanymi i tymi mniej, które wywodzą się z różnych „światów”. Książka została podzielona na trzy części, o jakże wyniosłych tytułach – wolność, równość, braterstwo. Te trzy przymioty, o które ludzie od zawsze walczyli, w mniejszym lub większym stopniu. Które z nich się spełniły? Niewątpliwie jesteśmy wolni od pewnych więzów, które pętały nas w przeszłości. Ale nie widzimy tego, że dostaliśmy nowe, oplatające nas w mniej oczywisty sposób. W naszym pięknym demokratycznym państwie każdy jest równy, ale to tylko frazes, który pozwala nam na co dzień zapomnieć, że w każdej niemal przestrzeni życia są równi i równiejsi. Najczęściej ze sprawiedliwością społeczną nie ma to nic wspólnego. Braterstwo to w ogóle osobna kwestia, o której po prostu zapomnieliśmy. Coś, co kiedyś nas spajało i umacniało, teraz wyparowało. Nie ma czegoś takiego jak „my”, jestem tylko „ja”i „ty”. Jeśli mi się coś stanie, Ty nie zrobisz nic. I na odwrót. Postępująca znieczulica na drugiego człowieka i totalny konformizm chyba nie jest tym, o co walczyliśmy.

Grzegorz Sroczyński w ubiegłym roku otrzymał Nagrodę Grand Press w kategorii Wywiad, za wywiad pot tytułem „Byliśmy głupi” przeprowadzony z Marcinem Królem. I nie ma czemu się dziwić – jego wywiady są błyskotliwe, trafiające w sedno i obiektywne – o co często jest naprawdę bardzo trudno. Idealnie wyprowadza z równowagi nawet spokojnych rozmówców, bo wtedy mówią najciekawsze kwestie i te, które woleliby zatrzymać dla siebie. Celnie stawiane pytania i bezpardononowość ich treści, to jest z pewnością to, co wyróżnia te wywiady od wielu innych, które możemy spotkać w sieci lub prasie. Również rozmówcy zostali starannie dobrani, dzięki czemu książkę „Świat się chwieje” czyta się z przyjemną refleksją nad stanem naszego państwa i tym, jak wygląda nasz współczesny świat. Śmiało można stwierdzić, że ta lektura otwiera oczy, które dotąd były ślepe na otaczającą rzeczywistość.

„Nie pytajmy: „Jak żyć?”, ale: „Po co?”. To jest pytanie najbardziej podstawowe, które przestaliśmy stawiać” [s. 19]

Świat się chwieje. 20 rozmów o tym, co z nami dalej
Grzegorz Sroczyński
Agora 2015

Niuniuch czyli najlepszy przyjaciel dziecka

Nasi rodzice są dla nas autorytetem. A przynajmniej takie jest założenie idealnej rodzinnej sielanki. Rzadko jednak udaje się to w pełni zrealizować. Życie płata nam figle, nasze charaktery nie docierają się tak, jak pragnęliśmy tego na początku, a konflikty stają się nie do zniesienia. Rozstanie wydaje się wtedy jedyną możliwą opcją i choć mamy wspólną przeszłość i wspólny owoc tego związku, to nie umiemy zmusić się do pracy nad tym, co nas łączy. Będąc dorosłymi jest nam łatwiej zapomnieć, znaleźć nowe chwile uniesień i nowe uczucia, którymi będziemy darzyć zupełnie nową osobę. W całym tym rozgardiaszu zapominamy, że to nasze dziecko zniesie to najgorzej. Bo to ono zawsze będzie nas łączyć.

„Bercik i niuniuch” to z pozoru prosta opowieść o chłopcu, który wyjeżdża na wakacje z nowym mężczyzną w życiu jego i jego mamy. Absolutnie tego nie chce i Czytelnik w pełni rozumie jego obawy i całkowicie sympatyzuje z tym małym, zagubionym chłopcem. Od początku intuicyjnie chcemy mu pomóc i nie rozumiemy zupełnie czemu jego mama rozstała się z tak fajnym mężczyzną, jak jego tata! Dopiero niuniuch i jego mądre rady naprowadzają chłopca na właściwą ścieżkę zrozumienia i dorosłości, której, choć wcale nie chciał, to musiał się nauczyć.

Bercik i niuniuch
Bercik i niuniuch

Na uwagę zasługuje nie tylko błyskotliwe tłumaczenie Julii Różewicz, ale także fantazyjne ilustracje Petra Korunki, które urozmaicają lekturę książeczki dzieciom (dorosłym też!). W naszych czasach, gdzie związki małżeńskie potrafią trwać nawet kilka tygodni, a najbardziej cierpią na tym najmniejsi ich świadkowie, temat dziecka w rozbitej rodzinie jest bardzo istotny. Wiele osób nie wie, jak do tego podejść, bo to jest niczym jeż – nie wiadomo czy ukłuje, czy też zwinie się w kuleczkę i przestraszy. Rozwód rodziców to jeden z najtrudniejszych momentów w życiu dziecka, które zazwyczaj bierze winę za ten fakt na siebie. Nie ma nic gorszego dla niego niż życie z takimi wyrzutami sumienia i niesienie tego ciężaru w dorosłość. Dlatego najważniejsza jest rozmowa, choć o nią trudno w takich chwilach pełnych emocji, niedopowiedzianych słów i pytań, na które nie ma dobrych odpowiedzi.

Petra Soukupová to autorka wielu książek i scenarzystka, będąca najbardziej wyrazistych autorek czeskich. Jej scenariusze były wielokrotnie nagradzane, a debiut książkowy „Nad morze” uzyskał nominacje do bardzo prestiżowych czeskich nagród literackich. „Bercik i niuniuch” (cz. Bertík a čmuchadlo) to jej pierwsza książka dla dzieci, którą z powodzeniem mogą przeczytać także dorośli. Autorka sama została niedawno mamą i z pewnością miało to jakiś inspirujący wpływ na jej talent pisarski – choć z wierzchu ta książka może wydawać się trywialna, to wewnątrz jest piękną opowieścią o bardzo trudnej sytuacji w życiu dziecka i jego rodziców. Z całą pewnością jest warta polecenia dla tych, którzy takie chwile przeżyli lub przeżywają, ale i dla tych, którzy choć nie mają z takim kontekstem styczności, to warto, aby rozważyli emocje targające dzieckiem w takich momentach.

Bercik i niuniuch
Petra Soukupová
Afera 2015

Wampiry, zmiennokształtni i kameleony w jednym

Ilu z nas nie marzyło o tym, aby zostać wampirami! Pomijam tych, którzy myślą, że nimi są, bo to jest iście żenujące zjawisko. Przyciąga nas w tym kwestia nadludzkiego aspektu wampiryzmu i tej niesamowitej długowieczności, która za tym kroczy. Zapominamy jednak o istotnym punkcie programu – wampiry piją krew. I tu zaczynają się schody – nie każdy przecież miałby ochotę to robić. A co z brakiem promieni słonecznych? Przecież zimą dostajemy kociokwiku, a co dopiero żyć tak kilkaset lat? Czy Dellia Tsang też miała takie wątpliwości? A może wcale nie chciała być wampirem? Jak zaraziła się tym wirusem (tak, teraz to wirus) i czy umie sobie z tym radzić?

Odrodzona C. C. Hunter
Odrodzona C. C. Hunter

Nowe koncepcje wampirów nie zawierają tych popularnych ograniczeń. „Zmierzch” Stephanie Meyer i słynni iskrzący krwiopijcy przeszedł już do legend (nie powiedziałabym, że tych pozytywnych). Wampir to wampir, powinien być potężny, straszny i w jakimś stopniu zły. W „Odrodzonej” mamy po prostu ludzi, którzy są inni. Wampiry muszą się rejestrować, co jest dość dziwnym, ale dość logicznym rozwiązaniem. Nie ma tu wyraźnego rozgraniczenia tych istot od innych ludzi, choć oczywiście są odmieńcy, którzy nie mają ochoty podporządkowywać się żadnym regułom ani rejestracjom. Owszem są silni, potrafią cholernie szybko biegać i żywią się krwią (tu trochę przypomina True Blood), a także mają wyostrzone zmysły. Całość jednak nie zachwyca szczerze mówiąc.

„Odrodzona” to spin-off popularnej serii napisanej przez C. C. Hunter o kameleonce imieniem Kylie. Sama idea kameleona wydaje mi się znacznie bardziej ciekawa niż kolejny dość banalny zamysł na temat wampiryzmu, stąd podejrzewam, że tamten pięcioksiąg jest lepszą lekturą niż „Odrodzona”. Książkę dobrze się czyta – jest napisana z polotem, ale cała fabuła nie jest porywająca. Ot, potraktowany po macoszemu aspekt zbrodni popełnianych przez wampiry, będący tłem dla emocji żyjących w nastoletniej dziewczynie-wampirze. Szczegółowa analiza uczuć Delli to plus tej pozycji – można się z nią z łatwością utożsamiać, mimo jej nadnaturalnych zdolności – jest tak samo egoistyczna, ambitna i roztargniona jak wiele z nas. Za to idealni chłopcy, którzy występują w tej książce są aż nadto denerwujący – naprawdę wszyscy muszą być przepiękni, z cudownymi mięśniami i niesamowitymi oczami? A gdzie garbate wampiry, z krzywymi kłami i niecnym uśmieszkiem, pragnące wyrwać serce niedowiarkom? Trzeba dodać troszkę smaczku, bo ideały są nudne jak flaki z olejem (fani „Zmierzchu” od razu skojarzą Edwarda z Chasem, a Steve’a z Jacobem, po prostu momentalnie!). Zakończenie tego tomu można uznać za jego kolejny minus – absolutnie nie zachęca do zapoznania się z następną częścią, prędzej podpowiadając, że może książki o Kylie są ciekawszą lekturą.

A mogło być zdecydowanie lepiej – wystarczyło zbudować więcej napięcia i atmosfery strachu wokół duchów, morderstw i tajemniczych nocnych eskapad i byłaby to znacznie ciekawsza pozycja. Niestety, póki co jest to książka o wampirkach w wersji dla nastolatków o słabych serduszkach i nerwach – krwi rozlewu niemal niet, pociągu do krwi niet, tylko wyraźna potrzeba jej regularnego dostarczania (chciałam przypomnieć, że sedno w tym, że wampiry ŁAKNĄ krwi, a pulsująca aorta jest najlepszym obiadem).

C. C. Hunter to amerykańska pisarka, która dorastała w Alabamie, jednak zamieszkała na stałe w Teksasie. Doceniona przez New York Times za swoje powieści, oprócz fantastyki pisze także romanse. W jej bibliografii znajdziecie pozycje o Mirandzie (czarownica), Kylie (kameleon) oraz Delli (wampir). Choć „Odrodzona” to dopiero tom pierwszy cyklu o Delli, to raczej nie skuszę się na następną część – prędzej przeczytam historię Kylie, która wydaje się bardziej intrygującą personą niż Dellia.

Odrodzona.
Wodospady Cienia tom 1.
C. C. Hunter
Feeria 2015

Współczesność versus trudna przeszłość, co wygra?

Zerwanie z przeszłością to coś, co ciągle próbujemy robić, chcąc zapomnieć, wyrzucić ze swojego umysłu i zacząć od nowa. Sęk w tym, że za późno zdajemy sobie sprawę z tego, że życie tak nie działa. Nie możemy sformatować sobie mózgu, dokupić nowej karty pamięci ani usunąć znajomych z naszej ścianotwarzy. Jak zatem przejść do porządku dziennego nad wydarzeniami, o których nie chcemy pamiętać i ludźmi, których nigdy nie chcielibyśmy ponownie zobaczyć? Rozwiązanie jest najprostszym z możliwych, a jednocześnie najtrudniejszym do osiągnięcia. Musimy zaakceptować swoją przeszłość.

Anna May Agnieszka Opolska
Anna May Agnieszka Opolska

Anna May vel Anya to modelka, która próbuje zapomnieć o swojej przeszłości i żyć jako studentka historii sztuki w przepięknym Krakowie. Ma niesamowitego kumpla, który jest dla niej praktycznie jak brat, odnosi sukcesy na uczelni i ogólnie wydaje się być pozytywnie ogarniętą osobą. A jednak! Wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą, życie emocjonalne się komplikuje, a profesjonalny modeling nie do końca da się już rozgraniczyć z własnymi odczuciami.

Razem z bohaterami tej powieści przeżywamy trudne chwile i te genialne wybuchy radości i rozkoszy, które są ich udziałem. Widzimy jak zmagają się z ciężkimi przeżyciami i jak ich organizm próbuje sobie z tym poradzić – każdy ma swój sposób. Dla jednego będzie to słodka zemsta na zimno, dla innego upicie do nieprzytomności, a dla jeszcze innego przygodny seks. Nadejdzie jednak taki moment, gdy w końcu trzeba będzie się zdecydować, zmierzyć z własną przeszłością, by móc w pełni żyć tym co mamy tu i teraz. Czy Annie się to uda?

Wyraziste postaci, żywcem wyjęte z współczesnej braci studenckiej pozwalają nam zanurzyć się w ten świat, który z łatwością możemy sobie naszkicować we własnej głowie. „Annę May” czyta się jak dobry scenariusz, który napisało samo życie. Autorka porusza aspekty homoseksualizmu, wykluczenia społecznego, relacji artysta-model, dyscypliny życiowej i wielu problemów życiowych, które występują zupełnie przy okazji. Robi to w tak lekki sposób, że zupełnie nie czujemy tego, jak ingeruje w tak delikatne tematy i nie odczuwamy tego jak psychologicznej układanki, którą w rzeczywistości jest. Artyzm w czystej postaci!

Agnieszka Opolska mieszka obecnie w Wielkiej Brytanii, gdzie założyła własne przedszkole, choć w głębi serca wie, że pisane jest jej pisarstwo. „Anna May” to jej debiut, którym wygrała ogólnopolski konkurs „Literacki Debiut Roku” organizowany przez wydawnictwo Novae Res. Książka wciąga od samego początku, mimo że opis z tyłu książki mógłby sugerować lekką obyczajówkę, którą przeczyta się od niechcenia przez parę wieczorów. Mimo tak banalnego schematu, „Anna May” okazała się przestrzałem przez tyle życiowych kwestii, jednocześnie pozostając w nurcie przyjemnej lektury, że czytając, byłam zdumiona. Nagromadzenie ważkich tematów w połączeniu ze współczesnym życiem studenckim w bajecznym Krakowie powoduje, że nie sposób się nie uśmiechać.

Kamyki, żwir i piasek – z czego zbudujesz swoje życie?

Przez całe życie idziemy kochając. Rzadko jest to miłość na całe życie, najczęściej zdarzają się te chwilowe uczucia, które lokujemy z różnych powodów w różnych osobach. Często sami nie umiemy przed sobą przyznać, że tak naprawdę kochamy tylko dlatego, że potrzebujemy, a nie potrzebujemy, bo kochamy. Umiemy perfekcyjnie ranić innych, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo ranimy wtedy samych siebie i jak wiele miłości własnej w takiej chwili tracimy. Do momentu aż pozostajemy z pustym słoiczkiem, zwanym życiem. I zupełnie nie mamy pojęcia, jak ani czym go zapełnić.

Dobrze, że jesteś Monika Sawicka
Dobrze, że jesteś Monika Sawicka

Ta słynna metafora o życiu jako słoiczku, którego nie warto najpierw zapełniać żwirem albo piaskiem, bo to co najważniejsze, nigdy się do niego nie zmieści, pasuje idealnie do każdej sytuacji, w której zadajemy sobie pytanie – co dalej? Czy osiągnęliśmy już to, czego pragniemy? A może nasze ambicje sięgają wyżej? Może osoba, z którą jesteśmy, wcale nie jest tą, której szukamy? Czy ten związek jest w stanie przetrwać, a może ciągnie nas na dno, z którego nigdy się nie odbijemy? Choć często sami sobie powtarzamy jacy silni jesteśmy i jak wiele potrafimy przejść, to najczęściej próbujemy w takiej chwili przekonać o tym samych siebie.

Ludzka psychika jest plastyczna, wiele umie wytrzymać i niesamowicie dużo się nauczyć. Potrzebny jest tylko jeden ważny aspekt – trzeba chcieć, co jest z reguły najtrudniejszym wyzwaniem, przed jakim stajemy w życiu. Każdy z nas, przynajmniej raz w życiu czuł, jak bardzo już mu nie zależy i jak absolutnie nic nie jest w stanie go przekonać, że może być lepiej. I w niczym nie pomogą słowa pocieszenia, słowa mówiące o tym, że jutro będzie lepiej, że czas leczy rany. Words, words, words jak stwierdził Hamlet. Dopóki sami sobie nie udowodnimy, że chcemy, dopóty będziemy trwać w marazmie, z którego tylko my sami jesteśmy w stanie się wyrwać. Tylko my sami wiemy, co przeżywamy i tylko my potrafimy sami siebie uratować, choć naturalnie nie wszyscy będziemy w stanie to zrobić.

Monika Sawicka perfekcyjnie lawiruje w przestrzeniach naszego umysłu, rozkładając na czynniki pierwsze nasze wrażenia i emocje. To, co zdawało nam się pewnikiem, nagle ulatuje szybciej niż jesteśmy w stanie pomyśleć. Autorka w przepiękny sposób pokazuje Czytelnikowi jak bardzo mylił się, mówiąc i myśląc, że zna samego siebie. Czytając tę książkę, przeżywałam swojego rodzaju katharsis. I to było wyjątkowe i dobre. Tego bym życzyła wszystkim, którzy po tę pozycję sięgną i tyle, ile ja, z niej wyniosą. To książka, w której wielu z nas odnajdzie siebie w jakimś momencie życia. Jej fragmenty staną się jego fragmentami, a wspomnienia bohaterki odnajdą nasze wspomnienia. Stopimy się w jedno i wyjdziemy z tego zupełnie inni, lepsi.

Gdy absurd i ironia skutecznie dyskryminują wrażliwość i prowadzą do skrajnej irytacji

Jest wiele słów, których znaczenia nie znamy. Słuchając wykładów stricte naukowych możemy dojść niemal do wniosku, że ktoś używa zupełnie obcej nomenklatury (piękne słowo!). A to nasz polski piękny język, o którego kultywowaniu chyba zapominamy. W czasach powszechnego angielskiego i postępującej cyfryzacji, erudycja wydaje się pożądana, ale jednocześnie wydajemy się zadowalać mniejszym zasobem słów niż kiedyś. A szkoda, bo wszędzie warto znaleźć kompromis i doceniać naszą tradycję.

45 puknięć w głowę Grzegorz Kasdepke
45 puknięć w głowę Grzegorz Kasdepke

Trudne słowa to jeden z moich ulubionych tematów. Uwielbiam poznawać te niesamowite wygibasy nie tylko w języku polskim, ale i angielskim. Pomijam niemiecki (od czasów Schmetterlinga jakoś zupełnie nie mogę się przekonać, zbrzydło mi w całej okazałości). Warto czytać i poznawać więcej słów, choć wszystko dąży do minimalizacji. Bogaty zasób słów to jedna z oznak inteligencji, ale co innego jest ważne – rozumienie tych słów. Bo cóż nam po pojęciach, które nic nam nie mówią? Ilu z nas używa takich wyrazów, których kompletnie nie rozumie? Jednym z lepszych przykładów jest bynajmniej albo oportunista, które wbrew pozorom, wcale nie są tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka. Autorytetem w tej kwestii jest dla mnie niezmiennie prof. Jerzy Bralczyk, którego dodatkowo niesamowicie przyjemnie się słucha.

Tak niewielka książeczka, a tak wielkie znaczenie. Idealna dla ciut starszych dzieci, które podstawowe pojęcia mają już zdecydowanie za sobą i z odrobiną pomocy dorosłych zrozumieją paradoksy i absurdy zastanej rzeczywistości. Autor w przystępny sposób i to w wielu różnych literackich odmianach tłumaczy zawiłości tych pojęć. Mamy do dyspozycji między innymi wywiady, opowiadania, słownikowe tłumaczenie i listy – wszystko po to, aby zrozumieć i świetnie się przy tym bawić.

Grzegorz Kasdepke idealnie umie wejść w umysł dziecka i odgadnąć, jak ono uczy się poznawać świat. Redaktor naczelny „Świerszczyka” pod koniec lat dziewięćdziesiątych, autor kilkudziesięciu świetnie sprzedających się książek, które wielokrotnie wygrywały nagrody i wyróżnienia. Co tu dużo mówić – Grzegorz umie podbić serce dziecka, a to sztuka niełatwa, zwłaszcza patrząc na ogrom mediów otaczających je w tym momencie. „45 puknięć w głowę” przypadnie do gustu nie tylko Waszym pociechom, ale także i Wam! Ubawiłam się nieźle czytając tę książkę i jestem pewna, że Wy również docenicie jej wartość, nie tylko jako elementu nauki, ale i rozrywki.

Niech zapłonie niespokojnym ogniem historia odległych Kresów

Wybierzmy się w podróż. Nie magiczną, a jednak bardzo barwną i przenoszącą nas w czasy, gdy Wilno i Lwów były elementem terytorium naszego państwa. Te piękne i jedyne w swoim rodzaju miasta są często tłem dla różnych pozycji literackich, od romansów po kryminały. Mają swoje tradycje i zapadają w pamięć równie łatwo, jak nasz małopolski Kraków, czy dawna spokojna Warszawa. Kresy to przecież miejsce, za którym tęsknił także Adam Mickiewicz czy Juliusz Słowacki i warto o nim pamiętać w ten odmienny sposób – jako miejsce obrośnięte tradycją i wypełnione piękną, dziką przyrodą, które ma też swoje mroczne strony, jak każde inne.

Witold Wedecki Mrok
Witold Wedecki Mrok

Witold Wedecki to pisarz i architekt urodzony w Wilnie, którego dusza w pełni należy do Kresów właśnie. Życie doświadczyło go nie tylko zsyłką na Syberię lecz także wydaleniem z terenów Wileńszczyzny. Takie sytuacje sprawiają, że nasz umysł tęskni i dąży do tego, aby choć wspomnieniami i słowami przelanymi na papier, powrócić do miejsc utęsknionych, bojąc się zapomnieć o ich pięknie i też tych mrocznych stronach. Z tematyki kresowej Witold Wedecki napisał już kilka książek, z czego „Dom pod czerwoną blachą” trafił na listę najlepiej sprzedających się książek i starała się o nagrodę Nike.

I nic w tym dziwnego. „Mrok” to napisana pięknym językiem proza, pełna tęsknoty i ukazująca nam tradycyjne życie Kresowian. Jakie było, czym się zajmowali, jak byli postrzegani sami przez siebie, jakie tradycje i obyczaje kultywowali, gdzie mieszkali, jak postrzegali otaczającą ich przyrodę – to ułamek tego co możecie odnaleźć w tej książce. Jeśli chętnie dowiecie się o tych czasach, a warto, to „Mrok” będzie tutaj idealną książką – ukaże obiektywną stronę Kresów, choć to przecież niełatwe zadanie, gdy kiedyś się tam mieszkało, żyło wśród tej charakterystycznej kultury.